Sport czarny jak nigdy



… czyli "Okiem naczelnego". Zapraszam Państwa do przeczytania kilku moich przemyśleń, do napisania których skłoniły mnie jakże niecodzienne wydarzenia w żużlowej Enea Ekstralidze. 

Żużlowym światkiem wzruszyły ostatnio wydarzenia, które miały miejsce w półfinale Enea Ekstraligi w Toruniu. Zainteresowani wiedzą o co chodzi. Dla mniej wtajemniczonych wyjaśniam, że jeden z zawodników nie zdążył na czas zameldować się na stadionie i sędzia postanowił przyznać walkowera ekipie Unibaksu Toruń. To co dzieje się w ostatnich latach z moją byłą już sportową miłością woła o pomstę do nieba. Czy żużel już całkowicie sięgnął dna? Gdzie się podziała idea sportu? Produkt o nazwie Enea Ekstraliga stracił w mych oczach więcej, niż moja „była”, która pewnego dnia wpuściła mnie w pokrzywy, z których długo nie mogłem się wygrzebać. Myślałem, że szczytem możliwości było niedawne „odjechanie” meczu w obliczu śmierci Lee Richardsona. Myliłem się, przejdźmy jednak do sedna sprawy…

Mistrz Świata biega za wolno?
Niedzielnego wieczoru w poszukiwaniu sportowych emocji zasiadłem przed telewizorem, by obejrzeć półfinały żużlowej Enea Ekstraligi. Mimo, że nie ma w nich naszych walecznych Byczków, ale co tam – gladiatorzy mieli wyjechać, by walczyć o pudło, a mnie takie wydarzenia ominąć nie mogły. To co zobaczyłem, a właściwie nie zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Mistrzowi Świata odwołano samolot, a ten zmuszony był gnać przez Europę innym środkiem transportu. Zdaje się, że Greg Hancock miał co do minuty obliczony czas, w którym planował dotrzeć na toruńską Motoarenę. Przynajmniej tak obliczyli mu jego doradcy od spraw logistycznych. Nie przewidzieli jednak korku, który miał miejsce w okolicach stadionu. Amerykanin rozgoryczony całą sytuacją postanowił z samochodu wyskoczyć i niczym Usain Bolt pomknął w stronę areny niedzielnych zmagań. Popularny Herbi nie jest jednak młodym Jamajczykiem, a tylko niezwykle dojrzałym chłopakiem z Kaliforni. Gościowi zabrakło dosłownie 5 minut. Te feralne kilkaset sekund miało odebrać tarnowianom finał Drużynowych Mistrzostw Polski. Kto jest temu winien? Na pewno nie drużyna gospodarzy. Na pewno nie drużyna gości. Sędzia też nie, bo przecież musi postępować zgodnie z regulaminem. Winnym może być tylko i wyłącznie ów regulamin. Regulamin, którzy stworzyli nasi ukochani działacze. A najbardziej skrzywdzeni zostali przecież kibice, w liczbie kilkunastu tysięcy na stadionie i setek tysięcy przez telewizorami.  A przed jednym z takich odbiorników niestety – biedny ja.

Polak potrafi
Drużyna Marka Cieślaka osłabiona brakiem chorego Martina Vaculika i spóźnionego Grega Hancocka nie mogła przystąpić do meczu. Dlaczego? Otóż nie mieściła się w dolnym progu Kalkulowanej Średniej Meczowej wyznaczonej dla całego zespołu. Paranoja! Podobno ten punkt stworzony został po to, by utrzymywać odpowiednio wysoki poziom Enea Ekstraligi. A przynajmniej tak mi się wydawało. Ale to nic, jest lepszy hit. Losy meczu w Toruniu rozstrzygały się na przestrzeni kilkunastu minut. Szukano korzystnych rozwiązań, chyba po to, by wyjść z twarzą z tego antywidowiska.  Jest otóż taki punkt regulaminu, który mówi o tym, że osłabiona brakiem zawodników drużyna, ma prawo nie osiągnąć dolnego limitu Kalkulowanej Średniej Meczowej, ale musi przedstawić stosowne oświadczenie, które poświadcza chorobę zawodnika. I tego chcieli spróbować tarnowianie, gdyby nie fakt, iż Greg Hancock wciąż walczy o tytuł Indywidualnego Mistrza Świata. Zwolnienie lekarskie sprawiłoby, że tarnowski as nie mógłby bowiem rywalizować w kolejnej rundzie Grand Prix. Naturalnym było, że ten myk nie wypalił i wynik niedzielnego pojedynku brzmiał  40:0. A motocykle nawet przez moment nie zawyły na Motoarenie. Swoją drogą – nie jest tajemnicą, że Polacy uwielbiają kombinować ze zwolnieniami lekarskimi. Taka już nasza natura. Ale żeby takie sytuacje analizować w ogólnopolskiej telewizji, pośród szerokiego grona widzów? Greg Hancock był cały i zdrowy, nawet kaszelku nie było. To chyba już tak wrosło w naszą naturę, że nawet głośno – mówimy o takich sprawach, z ogromną swobodą.

Żużel kibica już nie przyciąga
Nie jest tajemnicą, że felietony najlepiej piszę się od razu, jak tylko coś Cię zacznie drażnić. Za ten wziąłem się jeszcze w czasie żużlowej relacji. Kiedy rozpoczęła się transmisją z drugiej batalii o ligowy finał, byłem zmuszony trzykrotnie przetrzeć me strasznie zmęczone oczy. Człowiek je sobie smaczną kolacyjkę przyrządzona przez narzeczoną i co? Dowiaduje się, że to co przed chwilą widział to była nieprawda! Sędzia źle policzył Kalkulowaną Średnią Meczową i walkower unieważniono! Mecz zostanie powtórzony w innym terminie a ja znowu będę musiał to oglądać. Mówię stanowcze nie, bo są ciekawsze zajęcia. To już nawet nie jest komedia, to horror albo nawet czeski film. Często siedząc przy piwku z moim przyjacielem, prowadzimy wielogodzinne rozmowy żużlowe. Nasze kłótnie najczęściej dotyczą regulaminu, który bardzo trudno zrozumieć. Na żużel uczęszczam od 1994 roku. Na marginesie właśnie wtedy biało-niebieskie barwy reprezentował nasz dzisiejszy bohater – Greg Hancock. W ostatnich latach regulamin zmieniany jest co sezon. Ja go nie rozumiem. Ja się pytam kto go rozumie? Nie rozumieją go kibice, nie rozumieją dziennikarze. Ba! Nie jarzy go nawet sędzia zawodów! Żużel to sport niszowy i taki właśnie zostanie. Bo zamiast promocji, prowadzona jest antypromocja. Ktoś kiedyś rzucił  hasło, by na rok wstrzymać rozgrywki żużlowe. Jestem za! Może to pozwoli ochłonąć i posprzątać bałagan stworzony na przestrzeni lat Jeśli zaszczyciłeś mnie możliwością czytania moich wywodów i nie interesujesz się żużlem, to na pewno już się w nim nie zakochasz. Nie dziwie się – ja szukałem już sportu w Lesznie, który unormuje moją tygodniową dawkę adrenaliny, a zarazem dostarczy mi trochę spokoju wewnętrznego. Potrzebuje tego –  jak każdy mężczyzna. Żużel już mi tego nie daje. A ja szukałem i znalazłem . Petanque lub jak kto woli popularne, francuskie boule być może staną się mym wybawieniem. Jestem po pierwszych zawodach i ubawiłem się po pachy. A żużel? Taki prawdziwy to już melodia przeszłości…

DANIEL NOWAK