Rozum zamiast regulaminu



Od kilku tygodni trwa zagorzała dyskusja, czy żużlowcy powinni otrzymywać 25 procent stawki za jeden punkt przy porażce 1:5. Kibice czarnego sportu przez lata przyzwyczaili się już do medialnych debat na temat regulaminu. Czy te dyskusje są w ogóle potrzebne?

Żużel szuka oszczędności. Najłatwiej poszukać ich, rzecz jasna w kieszeniach zawodników. Wprowadzenie 25 procent stawki za punkt, przy podwójnej przegranej w biegu wzbudza ogromne kontrowersje. Prezesi cieszą się, że nie będą płacić za przegrane. Zawodnicy mówią natomiast stanowcze „nie”. Krzysztof Cegielski uważa, że takie rozwiązanie wpłynie negatywnie na bezpieczeństwo zawodników, którzy będą prowadzić jeszcze bardziej zażartą walkę. Takim wypowiedziom trudno się dziwić. Wszak jego rolą jest reprezentowanie interesów zawodników. Do tej pory duet przygrywający podwójnie, często w bratobójczej rywalizacji walczył o jeden pełny punkt. Propozycja jest taka, aby ścigać się o 25 procent tej stawki. Taka sytuacja raczej zmniejszy chęć wyrwania punktu koledze, niż ją zwiększy. Czyż nie? Argument przedstawiany przez telewizyjnego eksperta nie ma zatem żadnej logiki. Przypomnę, że niegdyś ogromnej ilości kontuzji, w przekonaniu Krzysztofa Cegielskiego winne były tłumiki. Kiedy rury zmieniono na przelotowe, okazało się, że ilość urazów drastycznie wzrosła. Trzeba było znaleźć inny powód. Tym powodem stała się wtedy presja. Żużel to niebezpieczny sport. I tyle! Nie sprowadzajmy wszystkiego do kontuzji. Apeluję zatem, nie dajmy się zwariować tym dywagacjom.

Osobiście jestem za tym pomysłem. Dlaczego zawodnik, który przywozi jeden punkt, a drużyna przegrywa podwójnie, ma otrzymywać pełną stawkę? Przecież to oczko jest mu przypisane z urzędu. Pójdę krok dalej… Dlaczego w ogóle ma za ten punkt otrzymywać pieniądze? Kiedy zespół zwycięża 5:1, zawodnik, który linię mety mija jako drugi otrzymuje taką samą stawkę, jak za trzy punkty (punkt bonusowy). Analogicznie zatem – dlaczego przy odwrotnym wyniku, którykolwiek z nich ma dostać jakiekolwiek wynagrodzenie? Żużel to sport drużynowy. Zawodnicy wygrywają  wspólnie, przegrywają również wspólnie. To tylko moja prywatna opinia. Tylko i aż. Taką opinię powinien mieć każdy z prezesów. Zapewniam, że nie potrzeba do tego żadnych zapisów w regulaminie. Kolejną kontrowersyjną kwestią jest zapis o mniejszej stawce dla zawodnika, który zmienia słabszego kolegę z zespołu. Zarządzający klubem powinien również w tej kwestii mieć wolną rękę. Jeżeli prezesa na to stać, niech płaci takiemu jokerowi nawet podwójną stawkę. Taki jeździec często ratuje przecież wynik drużyny.

Wolny rynek. To słowo klucz do rozwiązania tej i podobnych kontrowersji. O tym, czy zawodnik, który przywozi na metę jeden punkt ma otrzymać 25, 50 czy 100 procent stawki nie powinien decydować żaden regulamin. Takie sytuacje powinny być zapisane w kontraktach. Józef Dworakowski, do którego mam ogromny szacunek proponował kiedyś, żeby nie płacić zawodnikom za punkty bonusowe. To prawda, że jest to rozwiązanie wzbudzające wśród zawodników ogromne emocje. Dzisiaj podobne pomysły mają inni sternicy klubów. Pytam zatem, co stoi na przeszkodzie? To prezesi klubów, w porozumieniu z zawodnikami powinni indywidualnie ustalać, jakie są zasady gry. Czy to nie jest zdrowe rozwiązanie? Swoją drogą, jestem przekonany, że większość działaczy, którzy dziś podnoszą medialnie głos w tej sprawie, podczas negocjacji schowałoby głowę w piasek.

Regulamin powinno się upraszczać, a nie komplikować. Kogo stać, aby płacić za jeden punkt, niech płaci. Kogo nie stać, niech szuka innych rozwiązań. Każdy kontrakt jest inny i w każdym można zapisać, co się żywnie podoba. W takich umowach nie musi być tylko stawki za punkt i podpis. Stawkę można przecież regulować, na przykład: w zależności od zwycięstwa całej drużyny,  od tego czy mecz odbywa się u siebie, czy na wyjeździe, od tego czy zawodnik pomógł koledze lub każdej innej, dowolnej okoliczności. I regulaminowi od tego wara.

Daniel Nowak