Pawlicki: Nie zawsze jest z górki



Fatalnie zakończyło się ostatnie wyjazdowe spotkanie fazy zasadniczej dla Fogo Unii. Leszczynianie z Piotrem Pawlickim w składzie nie dość, że przegrali z MrGarden GKM, to na domiar złego nie obronili również bonusu.

Już od dłuższego czasu, pod adresem leszczyńskiego klubu padają mocne słowa krytyki. Złota ekipa z ubiegłego roku straciła wszystko i prawodopobnie będzie zmuszona powalczyć o utrzymanie w PGE Ekstralidze w barażu. – To bardzo trudny moment dla drużyny. Robiliśmy wszystko, by ten rezultat był dużo lepszy. Odpadliśmy z play-offów, ale teraz skupiamy się już na meczu z Wrocławiem. Liczy się tylko zwycięstwo. Nie dopuszczamy do swojej myśli jazdy w barażach – powiedział tuż po zawodach Piotr Pawlicki.

Chciałoby się powiedzieć, że nie tak miało to wyglądać. Biało-niebiescy kompletnie nie przypominali mistrzowskiego zespołu. Od początku rozgrywek nic się nie układało, czego dowodem jest odległe miejsce w tabeli po trzynastu kolejkach. – Musimy jak najszybciej wymazać z pamięci ten sezon i wyciągnąć z niego wnioski. Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, co zrobiliśmy źle jako cały klub. Wiadomym jest, że kiedy jest się w formie, to dużo łatwiej o atmoferę, która praktycznie sama się buduje, a także o wyniki, które przychodzą same – uważa zawodnik.

Biorąc pod uwagę skład, jaki miał do dyspozycji Adam Skórnicki, trudno sobie uświadomić, jak to możliwe, że Byki znalazły się poza pierwszą czwórką. Nie da się ukryć, główny kandydat do zdobycia trofeum, zawiódł na całej linii i nie sprostał oczekiwaniom. – Tak naprawdę, jak sięgaliśmy w zeszłym roku po tytuł, to nic szczególnego w tym kierunku nie robiliśmy. Po prostu wszyscy świetnie jechali, zdobywali punkty i dawało to nam meczowe wygrane. Leszno przyzwyczaiło już do tego, że rokrocznie walczy o medale, stąd może taka złość ze strony kibiców i zarządu. Taki jest sport i należy się z tym pogodzić. Nie zawsze jest z górki i czasami trzeba zrobić krok w tył, aby móc zrobić dwa w przód – stwierdził 21-latek.

Co ciekawe, do szóstego wyścigu poniedziałkowego starcia, goście toczyli wyrównany bój z grudziądzanami. Przez chwilę mogło się wydawać, że stać ich nawet na triumf na stadionie przy Hallera. Niestety, kluczowe okazały się biegi dziewiąty i dziesiąty, przegrane przez przyjezdnych podwójnie. Formy z niedzielnego Grand Prix Szwecji nie było widać u Pitera. – Byłem słaby, a do tego nie miałem szczęścia. Miejscowi fani zapewne byli na mnie wściekli po moim upadku w drugim starcie. Nie była to jednak moja wina, ponieważ zdefektował mi motocykl. W sumie, to nie miałem wyjścia. Gdyby nie uślizg, wylądowałbym w płocie, czego bym nie chciał, bo przede mną jeszcze sporo ważnych imprez – tłumaczy zdobywca 7 punktów i bonusu w sześciu odsłonach. – Jeżeli chodzi o drugie wykluczenie, to muszę przeprosić mechaników, ponieważ zamknąłem kranik, o czym kompletnie później zapomniałem. Owszem, był jeden zwycięski bieg w moim wykonaniu, ale to zdecydowanie za mało – dodaje, kończąc swoją wypowiedź.

Łukasz Kaczmarek