Adam Gbiorczyk: Nemesis



„Kiedy człowiek jest fałszywy, wszystko wokół niego staje się fałszywe”- Jean-Paul Sartre. Nie milkną echa, sztucznie podsycane przez jedno ze środowisk, meczu Unii Leszno ze Stalą Gorzów. 

Przybliżę odrobinę sytuację: leszczynianie na dwa dni przed tym bardzo ważnym, ale nie najważniejszym, spotkaniem tracą w Indywidualnych Międzynarodowych Mistrzostwa Ekstraligi Nicki Pedersena, który po kolizji z Rune Holtą uległ kontuzji wybicia barku. Dzień później Polskę obiega wiadomość, że jego los podzielił kapitan biało-niebieskich Przemysław Pawlicki, który w meczy brytyjskiej Elite League złamał obojczyk.

Bez lidera i kapitana, leszczynianie zostali skazani na pożarcie. Wszyscy specjaliści wpisali Stali do tabeli trzy duże punkty meczowe. Dwa za wygraną, jeden za lepszy bilans dwumeczu. Oraz, w zależności od życzliwości dla klubu z Leszna, od sześciu do ośmiu małych punktów. Unia swojej szansy miała szukać w meczu z Włókniarzem Częstochowa w ostatniej rudzie rozgrywek przed play-offami.

Nie o samym meczu chciałem mówić. Nie o tym, iż Stal nie prowadziła w tym spotkaniu ani razu. Pierwszy wyścig zakończył się zwycięstwem Unii w stosunku 4:2 i to prowadzenie gospodarze utrzymali aż do piętnastego wyścigu. Właśnie piętnasty bieg ma być argumentem dla korupcji w sporcie, niegodziwości i wyrachowania Krzysztofa Kasprzaka, Piotr Palucha, Piotr Rusieckiego i prawdopodobnie też Adama Skórnickiego.

Popularny „Kasper” wychodząc z pierwszego wirażu czwartego okrążenia odjechał zbyt szeroko na zewnętrzną, przez co jadący za nim Grzegorz Zengota wyprzedził kapitana Stali, czym uratował meczowy remis dla miejscowych. Daleko z przodu uciekał niczym złoto od sześciu lat Unibaksowi- Niels Iversen. Podwójne biegowe zwycięstwo dawało minimalną wygraną w meczu Stali, wygrana 4:2, remis, który urządzał wszystkich. Stali gwarantował drugie miejsce w tabeli, Unii dawał play-off.

Zastanawia mnie. Po pierwsze: dlaczego nikt nie oskarża Grzegorza Zengoty o to, że specjalnie dał się minąć Kasprzakowi w biegu dwunastym, popełniając identyczny błąd, w tym samym miejscu co Gorzowianin trzy wyścigi później? Odpowiedź: Gdyż nie pasuje to do teorii ustawionego meczu. Pytanie drugie: dlaczego Matej Zagar, który tego dnia jechał jakby chciał a nie mógł, nie dał się wyprzedzić Piotrowi Pawlickiemu w czternastej gonitwie? Remis w tym biegu i podwójna wygrana w ostatnim też dawały remis w meczu a były o wiele, o wiele bardziej prawdopodobne, niż to że niepokonany Pawlicki przegra z Zagarem a Zengota wyprzedzi na trasie Kasprzaka. Idąc tym tokiem rozumowania. Odpowiedź: Ponieważ nikt nie kalkulował wyniku spotkania. Najwyraźniej aż do piętnastego biegu. To tak jakby zmieszać razem wszystkie składniki potrzebne na ciasto, napluć na środek i dopiero na pięć minut przed końcem pieczenia wyjąć bezkształtną masę z pieca i zacząć ją urabiać. Mój dziadek określał takie działania, jako: „od dupy strony”.

Spać nie daje mi również inny fakt. Dlaczego Stal miałaby cokolwiek ryzykować dla Unii? W imię czego? Choćby nie wiem, jak ułożyły się wszystkie pozostałe spotkania dwóch ostatnich kolejek rundy zasadniczej Stalowcy nie mieli szans spotkania się z Unibaksem w play-off. Poza finałem. Od początku wiadomym było, że Gorzowianie mierzyć będą się z Falubazem Zielona Góra, lub w przypadku porażki z Unią w Lesznie, właśnie z Bykami. Unibax mógł co najwyżej zająć czwartą lokatę i po wyeliminowaniu Grupy Azoty Unii Tarnów, podjąć żółto-niebieskich w wielkim finale ligi. Pytanie? Jaką szanse mieliby torunianie na pokonanie tarnowian bez Darcy Warda i bez możliwości zastosowania zastępstwa zawodnika za tego jeźdźca? O tym, że Darcy będzie zawieszony za przekroczenie dozwolonej ilości alkoholu we krwi w trakcie badania przed Grand Prix Łotwy, wiadomo było przed meczem Unii ze Stalą? Ktoś powie, że Stal dała Unii punkt, aby nie wpuścić silniejszej drużyny do finałów Ekstraligi. Silniejszej? Po pierwsze: Unibax sam jest sobie winien, że przystąpił do sezonu 2014 z ośmioma ujemnymi punktami. Po drugie: Unia Leszno w meczach wyjazdowych zdobyła więcej punktów w sześciu spotkaniach niż Toruń w siedmiu. Czy, aby na pewno „dream team” jest taki straszny, jak go malują? No i kluczowe, jeśli Stal chce wygrać ligę i tak będzie musiała wygrać wszystkie dwumecze. Czy aby na rękę Stali nie byłoby podjąć w finale Unibax bez Warda niźli Tarnów w pełnym składzie? Dlaczego więc mieliby wpuszczać do półfinałów Unię? Liczą na to, że Unia odprawi z kwitkiem lidera tabeli i w finale odwdzięczy się potomkom Jancarza?

Nie. Chory umysł dorabia teorie do zaistniałych faktów, aby stworzyć świat, w którym jest bezpieczny. W którym jest panem i w którym nie czuje się zagrożony. Świat, w którym jest krystaliczny a za jego niepowodzenia nie odpowiada on sam, ale wszyscy na około. Umysł ten zaczyna analizować wszelkie dotyczące ludzkości wydarzenia pod tym samym kątem. Wszystkie, za wyjątkiem tych podejmowanych przez jego osobę. Najlepiej skwitował to francuski pisarz Jean-Paul Sartre: „Kiedy człowiek jest fałszywy, wszystko wokół niego staje się fałszywe”.

Kiedyś sport był ceniony za nieprzewidywalność. Ludzie, którzy pokonywali przeciwności losu, choć wydawało się to niemożliwe, byli nagradzani owacją na stojąco i uwielbieniem. W skomercjalizowanym świecie milionerów, którym wydaje się, że wszystko można kupić, każde odstępstwo od normy traktowane jest jako złamanie prawa. Kiedyś sport był sportem, dziś to wielki biznes, w którym kluby to firmy, nie cierpiące, gdy ich biznes plan, realizowany jest w innym wymiarze niż stuprocentowym.

W 1928 roku amerykański, utalentowany bokser irlandzkiego pochodzenia, James Braddock, wywołał duże zaskoczenie nokautując pretendenta do tytułu Tuffiego Griffithsa. Następnego roku otrzymał szansę walki o mistrzostwo, lecz nieznacznie przegrał w 15-rundowej walce, przez decyzję sędziowską z Tommym Loughranem. Braddock wskutek przegranej wpadł w depresję – mocno uszkodził swoją prawą dłoń w kilku miejscach. W wyniku kontuzji ucierpiała jego kariera oraz możliwość udziału w kolejnych walkach.

Jego rekord w kolejnych trzydziestu trzech pojedynkach wyniósł 11-20-2. Jego rodzina popadła w biedę w wyniku Wielkiej Depresji, co było przyczyną zarzucenia boksu i podjęcia pracy jako doker.

W 1934 roku, James Braddock w zastępstwie skrzyżował rękawice z Johnem Griffinem (po dwóch tygodniach przygotowań). Pomimo, tego, że miała być to łatwa walka dla Griffina, został znokautowany przez Braddocka w trzeciej rundzie. Następnie Braddock stoczył walkę z Johny Henrym Lewisem (przyszłym mistrzem wagi półciężkiej), którą również wygrał. Po zwycięstwie nad kolejnym wysoko notowanym przeciwnikiem w wadze ciężkiej Artem Lasky'im, któremu złamał nos 22. marca 1935, Braddock otrzymał szansę stoczenia walki o mistrzostwo świata wagi ciężkiej z Maksem Baerem. „Buldog z Bergen” zwyciężył na punkty.

Adam Gbiorczyk