Janusz Kołodziej: Z roku na rok jest coraz trudniej



Koniec sezonu żużlowego to czas podsumowań. Specjalnie dla naszego portalu o tegorocznych poczynaniach opowiada Janusz Kołodziej.

Jeden z liderów Fogo Unii uzyskał średnią biegową równą 2,241 co dało siódmą pozycję w statystyce pod względem efektywności w PGE Ekstralidze. – Jestem po części zadowolony. Moja forma poszła do góry. Cieszy też to, że pojechałem poprawnie większość biegów. Nieco ciemniejsze chmury, ale z pewnymi miłymi akcentami, były w Grand Prix. Tak naprawdę wyszły mi tylko dwa turnieje, więc nie jest to żaden sukces. Z drugiej strony zarówno Praga, jak i Wrocław pokazały, że mogę zaskoczyć – skomentował.

Kołodziej przeszedł do historii finałowych batalii. W dziewięciu gonitwach ani razu nie przyjechał do mety za plecami rywala. – Przede wszystkim chciałem uniknąć powtórki z 2011 roku, kiedy po nieudanych występach w Grand Prix, w niedzielę w meczach ligowych również szło mi kiepsko. Jestem szczęśliwy, bo to się udało poprawić, a moja głowa nie blokowała się tak jak wtedy – wyznał.

Popularny “Koldi” zgarnął trzeci tytuł z rzędu z Fogo Unią Leszno. – To super sprawa – podkreśla. – Z roku na rok jest jednak o to trofeum coraz trudniej. Teraz tym bardziej, gdyż nasza formacja juniorska ulegnie zmianie. Będzie to wyglądało inaczej, niż zwykle. Mimo tego, cel jest jednak taki sam, bo będziemy walczyć o zwycięstwo. Na razie jednak trzeba odpocząć, a potem usiąść i na spokojnie przeanalizować cały sezon – zaznaczył.

A co zdaniem wychowanka tarnowskich Jaskółek było kluczem do tak wielkiego sukcesu Byków na przestrzeni ostatnich lat? – Wszystko było niezwykle ważne. Nie sposób wymienić każdego z osobna, chociaż na pewno podkreślić muszę pracę szkoleniowca Piotra Barona, który czuwa nad nami cały czas, a do tego ma znakomite podejście do każdego. To dzięki niemu jesteśmy tak wspaniałą drużyną. Nie możemy zapominać o innych, czyli o trenerze przygotowania fizycznego Tomaszu Skrzypku, o prezesach Piotrze Rusieckim i Józefie Dworakowskim, którzy zawsze są w pogotowiu, nawet w tych chwilach, gdy nie idzie – mówi Kołodziej i kontynuuje wątek. – Kolejną sprawą jest to, że klub funkcjonuje na wysokim poziomie. Jest wiele akcji promocyjnych. Mamy bliski kontakt z kibicem. Wiemy dla kogo, po co jeździmy i jak każdemu z fanów na tym zależy – dodał.

Poza zdobyciem kolejnego Drużynowego Mistrzostwa Polski, jedną z najpiękniejszych chwil była dla Kołodzieja wiktoria w Grand Prix Czech. – Wmawiałem sobie, że nawet jeśli coś się nie ułoży i będzie dla mnie to ostatni raz w cyklu, to chciałbym mieć jeden moment, który na zawsze pozostanie w mojej pamięci. To się stało właśnie w Pradze. Kiedy minąłem linię mety była ogromna radość, bo wiedziałem, że jestem najszybszy. To było coś wyjątkowego. Potem przez dwa dni próbowałem sobie wszystko poukładać w głowie – zdradza.

35-latkowi nie udało utrzymać się w elicie. Czy ma zamiar powalczyć o powrót do cyklu? – Potrzebuję czasu, aby sobie to przemyśleć. Na pewno będę musiał zrobić postęp w pewnych rzeczach, które mi nie wychodziły. To między innymi jazda na niektórych torach. Nie ukrywam, że mam z tym problem. Jak to poprawię, to można wrócić i rywalizować – uważa.

Polska długo musiała czekać na trzeciego Indywidualnego Mistrza Świata. Po Jerzym Szczakielu i Tomaszu Gollobie został nim Bartosz Zmarzlik. – Od samego początku walczył z całych sił, by wspiąć się na szczyt. Nie było mu łatwo, ale doszedł do tego wielką determinacją. Szczerze to byłbym zaskoczony, gdyby nie był mistrzem globu. Wszystko u niego działało jak w zegarku. Wielkie gratulacje dla niego – mówi J. Kołodziej.

W lipcu Kołodziej po raz czwarty w karierze stanął na najwyższym stopniu podium finału Indywidualnych Mistrzostw Polski. Czy często go jeszcze wspomina? – To był fantastyczny turniej, a ten ostatni wyścig był po prostu mega. Dosłownie na centymetry zdążyłem ominąć Bartosza Zmarzlika, który próbował mnie zamknąć. Później wiedziałem gdzie jechać, choć nawet na leszczyńskim torze, nie zawsze to czuję, to tym razem byłem tak zaprogramowany, że znajdowałem optymalne ścieżki, a do tego byłem szybki. Wytrzymałem presję wewnętrzną, bo nie ukrywam, że bardzo mi zależało na sięgnięciu po kolejne złoto, no i się udało, co mnie niezmiernie cieszy – wyjawił.

Czytelnicy docenili Kołodzieja i po raz drugi wybrali go najlepszym sportowcem miesiąca w Lesznie. – Bardzo dziękuję, to miłe. Zdobycze nie są dla mnie tak ważne, jak to, że mogę robić to, co kocham i dzięki czemu spełniam się w życiu. Jako żużlowiec czuję się jak ryba w wodzie. Takie wyróżnienie jest bardzo cenne, bo wiesz, że to co robisz, robisz dobrze. Każdy puchar, medal, statuetka zostaje na lata i można sobie pewne rzeczy odtworzyć. Daje to dużo radości, aczkolwiek nigdy nie spoglądam w statystyki i staram się jak najlepiej wykonywać swoją pracę – stwierdził.

Październik i listopad to zazwyczaj dla żużlowców czas na odpoczynek po sezonie. A jak wypoczywał będzie Kołodziej? – W tamtym roku czułem, że muszę wyjechać. Tym razem skorzystam z wakacji w inny sposób na miejscu w kraju. Mogę obiecać, że będę wypoczęty, zdrowy i dobrze przygotowany – zakończył.